- Ludzie w większości nie chcieli być ratowani - opowiada Tomasz Chomont, który właśnie wrócił z Opola Lubelskiego, a wcześniej pracował w Bieruniu. Przeczytaj, jak wyglądała praca ratowników z Piły.
Tomasz Chomont jest jednym z czterech strażaków, którzy wyjechali z Piły ratować powodzian. Fot. Marcin Maziarz
Do Piły wróciła pierwsza grupa strażaków, którzy w nocy z 17 na 18 maja wyjechali na południe Polski, by ratować powodzian. Najpierw zostali skierowani do Bierunia koło Tychów, a stamtąd - po trzech dniach, kiedy minęła fala kulminacyjna - do gminy Wilków w Lubelskiem (powiat Opole Lubelskie). Pod wodą znalazło się 90% jej powierzchni.
Jednym ze strażaków, którzy pojechali na południe, był Tomasz Chomont, na co dzień dowódca drugiej zmiany w pilskiej komendzie. - Nam akurat zdarzyło się tak, że fala powodziowa podążała za nami. Byliśmy w centrum wydarzeń - mówi. - Naszym priorytetem było ratowanie ludzi i mienia.
Strażacy, którzy wyjechali z Piły, są ratownikami wodnymi. Zabrali ze sobą samochód ratownictwa wodnego i łódź motorową. - Ludzie w większości nie chcieli być ratowani - opowiada Tomasz Chomont. - Pilnowali swoich domostw. Nie każdy jest w stanie z miejsca wejść do łodzi i zostawić dorobek całego życia na pastwę losu.
Tych, którzy chcieli być ewakuowani, strażacy ewakuowali. Tym, którzy postanowili zostać na miejscu, dowozili jedzenie i wodę, a nawet agregaty prądotwórcze, które powodzianom przekazywały ich rodziny z „suchych” rejonów Polski.
Niektórzy ze strażaków powódź widzieli po raz pierwszy. Inni brali już udział w akcji w czasie powodzi w 1997 r. - Byliśmy zdziwieni - mówi Tomasz Chomont. - Ci, którzy widzieli powódź trzynaście lat temu, mówili że jest bardzo podobnie. Większość ratowników była zszokowana jej rozmiarem i tym, co zobaczyliśmy na miejscu.
W gminie Wilków woda sięgała 4 - 5 metrów. W Bieruniu domy były zalane po sam dach. Fot. Materiały prasowe Komendy Wojewódzkiej Państwowej Straży Pożarnej w Poznaniu
Dzień roboczy strażaków trwał nawet dwadzieścia godzin: - Pracowaliśmy od rana do wieczora. Kiedy dowódca sektora powiedział „panowie, idźcie na odpoczynek”, zjeżdżaliśmy do bazy. Na odpoczynek mieliśmy cztery - pięć godzin.
Pretensje powodzian nie ominęły ratowników. - Ludzie reagowali różnie. Większość była niezadowolona, że wszystko dzieje się za późno. Pytali, co robiliśmy dwa dni wcześniej, dlaczego nie zostaliśmy zadysponowani wcześniej.
Jak mówi Tomasz Chomont, najtrudniejszy w całej akcji był właśnie kontakt z ludźmi, sposób w jaki powodzianie odbierali ratowników. Sporo trudności - tym razem już technicznych - sprawiało opanowanie łodzi w momencie przerwania wału. - To są tysiące hektolitrów wody, bardzo duży napór. Kiedy wodujemy łodzie, prąd wody jest tak duży, że z łódką trzeba trochę powalczyć do czasu aż woda się ustabilizuje. Kiedy pływaliśmy po zalanych wsiach, musieliśmy uważać na zatopione samochody i ogrodzenia, żeby nie narazić silnika łodzi na uszkodzenie.
Uwagę trzeba było zachować również przy podpływaniu do domostw i w czasie ewakuacji, żeby nikt nie wypadł z łodzi. Strażacy z Piły ewakuowali wyłącznie ludzi. - Mieliśmy rozkaz nie zabierać zwierząt. Ewentualnie małego pieska albo kotka. Do ratowania zwierząt były specjalne amfibie wojskowe.
Oprócz zawodowych strażaków, na miejscu było wielu strażaków - ochotników, z jednostek oddalonych nawet o 150 km. Bardzo mocno w akcję zaangażowali się też miejscowi - cywile. Zawodowi strażacy z Piły, jeżeli nie namawiali mieszkańców zalanych domów do ewakuacji, pracowali przy umacnianiu wałów.
Podróż łodzią motorową przez rozlewiska do najdalej położonych wiosek trwała nawet dwie godziny w jedną stronę. Fot. Materiały prasowe Komendy Wojewódzkiej Państwowej Straży Pożarnej w Poznaniu
W gminie Wilków zostało zalanych 17 wiosek. Rozlewisko było tak wielkie, że, aby dotrzeć na miejsce, podróż łodzią motorową zajmowała nawet dwie godziny. W jedną stronę. Czasami ofiary powodzi potrafiły zaskoczyć nawet doświadczonych ratowników. - Mieliśmy na przykład taką zabawną dla nas sytuację. Zauważyliśmy stojących na dachu domu ludzi, którzy machali do nas. Kiedy podpłynęliśmy, okazało się, że nie chcą być ewakuowani. Poprosili tylko, żeby zamknąć drzwi do szopy, bo wypływa z niej słoma. Niektóre sytuacje były naprawdę szokujące.
Pierwsza grupa strażaków wróciła do Piły w nocy z 24 na 25 maja. Zastąpili ich koledzy, którzy wyjechali na południe Polski w niedzielę (23 maja). - Dziś otrzymaliśmy informację, że cała grupa jest wycofywana do Poznania, gdzie będą czekać na dalsze dyspozycje Krajowego Centrum Koordynacji Ratownictwa - mówi starszy kapitan Zbigniew Szukajło z pilskiej straży pożarnej. - Sytuacja w rejonie, w którym były prowadzone działania ratownicze, jest na tyle stabilna, że dowództwo zdecydowało o wycofaniu sił. Musimy przygotować się na ewentualne działania w Wielkopolsce i sąsiednich województwach na Odrze i na Wiśle.
Z pilskiej komendy powiatowej PSP w każdej chwili może wyjechać kolejna grupa ratowników. Od tygodnia strażacy pracują na dwie - zamiast trzech - zmiany. W dwóch jednostkach ratowniczo - gaśniczych w Pile na jednej 24-godzinnej zmianie pracuje łącznie 19 strażaków. Do podjęcia działań w każdej chwili w całym powiecie pilskim jest gotowych także 54. strażaków - ochotników z ośmiu jednostek, które na swoich samochodach mają m.in. specjalistyczne pompy szlamowe.
Kup, sprzedaj, zamień, znajdź lub daj pracę - ogłoszenia drobne w Życiu Piły »
Życie Piły jest miejskim serwisem
informacyjnym. Koncentruje się na informacjach z Piły i najbliższej okolicy.
Wszystkie materiały zawarte w serwisie
stanowią własność ich autorów. Powielanie bez
zgody właścicieli jest zabronione.