13 grudnia 1981 r. w telewizji zamiast Teleranka, straszył generał w ciemnych okularach. Byłeś tego dnia w Pile? Opowiedz co robiłeś i jak wyglądało miasto.
Na szczęście dziś SKOT-y w Pile oglądamy najczęściej przy okazji imprez organizowanych np. przez Muzeum Przedmoście. Fot. Marcin Maziarz
Pamiętasz 13 grudnia 1981? Podziel się swoim wspomnieniem z czytelnikami Życia Piły. Nieważne, czy nie wiedziałeś, czy jutro pójdziesz do pracy, czy ubolewałeś, że w telewizji nie ma Teleranka. Nieważne, czy twoim wspomnieniem jest SKOT jadący Aleją Ludowego Wojska Polskiego, czy to, że rodzice nie pozwolili ci iść porzucać śnieżkami. A może odważyłeś się pstryknąć czarno - białe zdjęcie? Takie, chociaż z okna. Opowiedz i pokaż, jak tego dnia (i w następnych dniach) wyglądała Piła. Jeżeli tylko byłeś w Pile (albo usiłowałeś do Piły wrócić) i masz jakieś, nawet najkrótsze i najbanalniejsze wspomnienie, przyślij je na adres redakcja@zycie.pila.pl » albo wpisz w komentarzu na Facebooku. Nagród nie będzie, ale wasze wspomnienia będą cenne dla (nie tylko młodszych) czytelników Życia.
Wasze wspomnienia:
Wojciech Młykiewicz (wtedy dyrektor wydziału handlu Urzędu Wojewódzkiego, dziś prezes domów towarowych Merkury; na Facebooku): Wspomnień nasuwa się cała masa. Pierwsze z nich, to reakcje Pilan na chrzęst gąsienic czołgowych i transporterów opancerzonych. Ludzie początkowo byli tym całkowicie sparaliżowani i przestraszeni. Nie dziwię się, bo gdy po raz pierwszy zetknąłem się z podobną sytuacją podczas wypadków szczecińskich w 1968 i 1970 r, to wówczas i moje reakcje były podobne. Byłem w 1981 r dyrektorem wydziału handlu Urzędu Wojewódzkiego w Pile. Wojewoda wezwał nas do pracy bardzo wczesnym niedzielnym rankiem. Pracowaliśmy przez kilka dni bez przerwy. Trzeba było spróbować przywrócić linie zaopatrzenia mieszkańców województwa: tym bardziej, że zima się zaczynała w miarę sroga i nadchodziły Święta. Poszło w miarę zgrabnie. Co meldunek, to pozytywne wieści. A to, że nadszedł pierwszy od wielu dni transport węgla, a to, że się bilansujemy z mąką dla piekarń, a to, że Centrala Rybna w Koszalinie da karpia, a to, że kierownik Z-dów Mięsnych w Pile - nieoceniony śp. p. Tchorek - sobie znanymi sposobami zwiększy pulę mięsa i wędlin na Święta. A najważniejsze, że nareszcie zapanował spokój i atmosfera do wytężonej pracy. Ja, i zapewne nie tylko ja, odbierałem ówczesne nastroje jako powszechne uczucie ulgi. I na koniec anegdota. Warszawa wezwała nas w środę na odprawę. Załadowaliśmy się do Wołgi wałeckiego WZSR i w drogę. Mimo, że na drodze nie było nikogo, to podróż i tak trwała ponad dwukrotnie dłużej, niż normalnie. Powód? Ustawiczne kontrole wojska. Narada… jak narada i do domu. Wracając, głodni, jak psy, wstąpiliśmy do restauracji pod Sierpcem. O dziwo była czynna, a z wewnątrz dochodziły takie zapachy, że aż skręcało. Podali nam świeżutką, pachnącą rybę, chyba bolenia, chleb prosto z pieca i surówkę z kwaszonej kapusty. Do końca życia nie zapomnę tej uczty…
Mirosław Mantaj (Starosta Pilski, na Facebooku): Pamiętam ten dzień doskonale. Byłem wówczas studentem ostatniego roku UMK w Toruniu. W poniedziałek 14 grudnia „wygonili” nas do domu. Miałem kłopoty z dotarcierm do domu, bo w Wyrzysku chyba czołg zatarasował drogę i nie można było przejechać. Była wtedy dłuższa „przerwa świąteczna”, bo w akademikach rozlokowało się ZOMO. W moim na szczęście nie było zomowców, tylko zakwaterowano magistrantów z całej uczelni.
Kinga Rusiniak (na Facebooku): Byłam… Niestety, sama tego nie pamiętam, ale z opowiadań wiem, że nie chcieli mamy i mnie wypuścić ze szpitala, a w domku wszyscy czekali na małą Kinię… Podobno nic fajnego, gdy tata ukradkiem dostawał sie do szpitala, bądź próbował wrócić do domu.
Agnieszka Kledzik (wtedy kilkuletnia dziewczynka, dziś dziennikarka Radia Koszalin): Niestety, pamiętam ten dzień. Nie tylko dlatego, że nie było Teleranka, ale pamiętam, że mama w kuchni słuchała radia i nagle zaczęła strasznie płakać. Długo nie mogła z siebie wydusić, co się stało, bo mój tato razem z bratem byli w sanatorium i właśnie mieli wracać. Nie wiedzieliśmy czy wrócą, kiedy wrócą… A zima była straszna i rzeczywiście powrót Maluchem między czołgami zajął im wiele dni. Przyjechali z inną rodziną, która u nas musiała przeczekać do momentu aż mieli pociąg. To byli obcy ludzie, ale jedni drugim pomagali. Wszyscy, którzy mieli wolne miejsce, zabierali innych, po to, żeby wydostać się z sanatorium.
Antoni Serwacki (dziś prezes MZK, wtedy pracował w Przedsiębiorstwie Gospodarki Komunalnej, które m.in. zajmowało się komunikacją miejską): Była martwa cisza, nie działała telewizja. Przyjechał do mnie ówczesny wiceprezydent miasta, pan Ireneusz Ratajczak i - nie pamiętam, czy to było wezwanie, czy prośba - miałem zgłosić się do Urzędu Miasta. Wówczas dowiedziałem się, że jest stan wojenny i wszyscy jesteśmy zmilitaryzowani. Tego dnia autobusy wyjechały na linie, choć nie pamiętam, czy jeździły według zwykłęgo rozkładu.
Krzysztof Szewc (wiceprezydent Piły, 13 grudnia 1981 r. był w wojsku, w Elblągu): Około godziny 23. postawiono nas w stan pełnej gotowości. Siedzieliśmy w koszarach, nie wychodząc na zewnątrz, chyba przez tydzień. Życie w koszarach wyglądało tragicznie. Pamiętam, jak dziś: na śniadanie, obiad i kolację dostawaliśmy jajka. Nabrałem do nich pewnego obrzydzenia. Trochę mi do dziś przeszło, ale to zapamiętałem szczególnie.
Maria Miler (wtedy młoda matka, dziś radna Rady Miasta Piły z ramienia PiS): 13 grudnia byłam w domu. Obudziłam się rano i chciałam włączyć telewizor. Niestety: ani fonii, ani wizji. Dopiero po chwili wystąpił generał Jaruzelski. Szok. Totalny szok. Byłam załamana jako matka i jako człowiek. Dopiero urodził nam się syn - miał zaledwie osiem miesięcy - więc przyszłość przed nami, a tutaj taka sytuacja. Było bardzo zimno. Mieszkaliśmy wtedy w jednym pokoiku w hotelu, tak zwanym Domu Młodego Robotnika na ulicy Malczewskiego. Było i zimno, i biednie i smutno.
Marian Małecki (opozycjonista, zatrzymany i internowany tuż po północy 13 grudnia): Pamiętam ten dzień doskonale. Było krótko po północy, walenie do drzwi. Nie chciałem otworzyć. Osób, które stały za drzwiami nie widziałem, kazałem im przyjść o szóstej rano. To nie pomagało, uporczywie walili w drzwi. Próbowałem otworzyć, ale już nie zdążyłem. Został wyrwany łańcuszek, trochę uszkodzona boazeria. Weszli dwaj mundurowi, jeden ubek i przedstawili nakaz internowania do Wronek. Trzeba było się ubrać. Skuli mnie w kajdanki, zawieźli na Ogińskiego (wówczas była tam komenda Milicji Obywatelskiej - przyp.). Było tam już sporo kolegów. O czwartej rano byliśmy we Wronkach. Tam siedziałem do 23 lipca. Żona radziła sobie doskonale. Była możliwość widzeń raz w miesiącu. Zniosła to bardzo dobrze. Jestem z niej wręcz dumny. Kiedykolwiek się widzieliśmy, kiedy przyjeżdżała na widzenia, nigdy nie nalegała, nie prosiła, ani nie sugerowała, żebym wyszedł jak najwcześniej.
Mieczysław Augustyn (dziś senator PO, wtedy dyrektor biura prorządowego Zrzeszenia Katolików Caritas w Pile): Już 12 grudnia na Alei Powstańców Wielkopolskich słychać było huk - coś się działo. Okazało się, że to jechały ciężkie wozy - jeszcze wtedy nie wiedzieliśmy dokąd. Okazało się dopiero dzień później. Dla mnie to było przerażające, bo przypomniał mi się rok 1970. Mam mnóstwo bliskich na Wybrzeżu, a wiadomo, że tam było ognisko Solidarności. Bałem się o wuja, o ciotkę, o kuzynów pracujących w stoczni. Ale z tamtych dni najbardziej pamiętam wigilię: łzy żony i chyba moje też, jak otworzyły się drzwi i mimo tych wszystkich trudności, stanęła w nich całkowicie zziębnięta siostra żony. Dotarła do nas z Warszawy, w okropnych warunkach, ale to był wtedy niesamowity wyczyn. W ostatniej chwili dostała przepustkę i w jakimś nieogrzewanym wagonie, w strasznych warunkach, pchała się tutaj. Ale wtedy wszyscy w rodzinach chcieliśmy być razem. Wtedy mieliśmy taką wielką potrzebę, żeby mieć to poczucie bezpieczeństwa. Przyznaję, że nie wierzyłem w powodzenie Solidarności, i często jak mnie zaprasza Solidarność, mówię, że jestem z tych, którzy powinni najbardziej dziękować, bo nie byłem działaczem ani bojowinikiem Solidarności. Ale jednak tamtą chwilę pamiętam, jako bardzo tragiczną i cieszę się, że się o niej w Pile pamięta.
Rafał Zdzierela (dziś przewodniczący Rady Miasta, 13 grudnia 1981 r. miał 6 lat): Pamiętam widok z okna. Przed Merkury zajechały czołgi. Nie wiedzieliśmy co to jest. Słyszeliśmy słowo „wojna” - to nie kojarzyło nam się najlepiej. Dopiero po paru latach zrozumiałem co wtedy się stało.
Włodzimierz Bystrzycki (radny Rady Miasta, lekarz, 13 grudnia 1981 r. miał dyżur w szpitalu przy Alei Ludowego Wojska Polskiego): Nagle nie było telewizji, było jakoś dziwnie. No i potem dowiedzieliśmy się o tym wszystkim. Pracowaliśmy normalnie, jesteśmy lekarzami. Mieliśmy specjalne przepustki, jeździliśmy wieczorami żeby operować. Miałem wtedy chirurgię dziecięcą, więc dzieci były przywożone z całego rejonu. W zasadzie najważniejsze było: pacjent, dziecko, operacja, szpital. Nie docierało do człowieka to, co może się stać. Dopiero później przyszło takie ostudzenie emocji i człowiek zdawał sobie sprawę z tego, co nas tego dnia spotkało. W pamięci zostały mi koksowniki i nie wiem, czy jeden przypadkiem nie stał przed szpitalem.
Ziemowit Niedźwiecki (na Facebooku): Byłem wtedy w Pile… Doktor Bystrzycki ciął mnie akurat. ;) Wyrostek robaczkowy zaprotestował przeciwko wojnie. ;) Następnego dnia już był wypis do domu, a pod portiernią szpitala stał czołg…
Krzysztof Struś (na Facebooku): Byłem. Pamiętam patrole żołnierzy na ulicach, którzy ogrzewali się przy ustawionych koksownikach. Witaliśmy się z nimi wracając ze szkoły, ale oficer nie był zbyt uprzejmy i przeganiał nas do domu… :) Miałem wtedy 9 lat i tak naprawdę nie wiedziałem co się dzieje w kraju i skąd tyle wojska i milicji na ulicach.
Kup, sprzedaj, zamień, znajdź lub daj pracę - ogłoszenia drobne w Życiu Piły »
Życie Piły jest miejskim serwisem
informacyjnym. Koncentruje się na informacjach z Piły i najbliższej okolicy.
Wszystkie materiały zawarte w serwisie
stanowią własność ich autorów. Powielanie bez
zgody właścicieli jest zabronione.