Przejdź do: Aktywna PiłaOgłoszenia Piła

Życie Piły - informacje z Piły i okolic, Piła portal

codzienne informacje
z Piły i okolic


KONTAKT:
redakcja@zycie.pila.pl
tel: 791 84 74 52
fax: 67 349 80 81

REKLAMA:
reklama@zycie.pila.pl
tel: 791 84 74 52
fax: 67 349 80 81

Byłeś świadkiem zdarzenia? Masz zdjęcia lub film? Daj znać:

redakcja@zycie.pila.pl
tel: 791 84 74 52
fax: 67 349 80 81

SERWISY TEMATYCZNE: AKTYWNA PIŁA
SERWISY SPECJALNE: LETNIA PRZYSTAŃ ŻYCIA
SPRZEDAŻ: OGŁOSZENIA DROBNEREKLAMA
SERWIS: STRONA GŁÓWNAREDAKCJAREKLAMAPATRONATY

Ogłoszenia drobne w Życiu Piły

6 stycznia 2011
Olter z pierwszej ręki

- Miałam takie straszne przeczucie, że widzimy się ostatni raz - mówi Katarzyna Kordylewicz. Rozmowa z siostrą Jacka Oltera.

O tym, że w Pile mieszka siostra Oltera, dowiedziałem się, kiedy dwa lata temu pisałem o nim po raz pierwszy. Wtedy jednak nie wiedziałem nawet jak się nazywa - nie udało mi się do niej dotrzeć. Spotkaliśmy się przypadkiem wiosną ubiegłego roku, na wernisażu wystawy „W poszukiwaniu tożsamości kulturowej miasta” w galerii PWSZ. Moją uwagę zwróciła seria zdjęć złożonych z okładek płyt na których zagrał Olter i jego zdjęć. Odszukałem autorkę. Kiedy zapytałem, dlaczego właśnie taki temat, odpowiedziała „Jestem siostrą Jacka”. Pierwszy raz w życiu poczułem, że coś nie w przenośni a naprawdę leci mi z rąk. Na szczęście mikrofonowi ani nagrywarce nic się nie stało. Udało nam się wstępnie umówić na zimę, na rozmowę o Jacku Olterze - Tomaszewiczu, trochę innym niż ten znany z płyt. Spotkaliśmy się 4 stycznia w centrum Piły.

Z Katarzyną Kordylewicz rozmawiał Marcin Maziarz.

Katarzyna Kordylewicz, siostra Jacka… Oltera?

- Jacka Tomaszewicza. Olter to był jego pseudonim artystyczny.

To nieznany fakt z jego życiorysu. Jego muzyczni koledzy wiedzieli o tym?

- Jak najbardziej. Pseudonim Olter Jacek przygarnął sobie po swoim prawdziwym ojcu.

Kiedy dwa lata temu pisałem o Jacku, zdaje się, że popełniłem spory błąd. Jacek mieszkał we wczesnych latach przy Dworcu Celnym, ale chyba nie w tym budynku, który wskazałem?

- Faktycznie. Mieszkaliśmy przy Dworcu Celnym, ale to był budynek numer trzy. Mówiliśmy na ten budynek „baraki”, bo w warunkach, w których wtedy mieszkaliśmy, taką zimą jak teraz, gdy przychodziła odwilż, podstawialiśmy miski w kuchni. To było małe M1: jeden pokoik i kuchnia.

Kiedy Jacek zaczął interesować się perkusją?

- Jako sześcioletni chłopczyk wyciągał garnki mamy i grał na nich łyżkami w kuchni albo w pokoju. Zamykał wtedy oczy i przenosił się do swojego świata. Pamiętam, że w nocy bardzo często budził mnie i zawsze z nim musiałam słuchać radia - audycji Jana Ptaszyna Wróblewskiego. I to było takie niesamowite, bo on zawsze twierdził, że kiedyś będzie takim artystą jak Ptaszyn i wydaje mi się, że właśnie Jan Ptaszyn Wróblewski obudził w Jacku całą tą miłość do jazzu.

Zaczął grać, kiedy miał sześć lat, poszedł do szkoły muzycznej…

- To nie tak. Zanim grał na garnkach mamy, zaczął przedszkole muzyczne. Kiedyś przy Buczka, naprzeciwko „Jedynki” był komis. Stały tam takie czerwone bębny. I on zawsze, wracając ze szkoły muzycznej - chodził do niej cztery - pięć razy w tygodniu, nie na zajęcia, a żeby ćwiczyć na perkusji, bo taką możliwość miał tylko w szkole muzycznej - szedł do tego komisu. Patrzył na te będny. Nawet zaprzyjaźnił się ze sprzedawcą, później sprzedawca robił mu już herbatę… Kiedy wracał do domu, opowiadał mamie o tej perkusji, o tym, że jest taka niesamowita, że ma takie brzmienie… No i któregoś dnia Jacek przybiegł do domu z płaczem, że tej perkusji nie ma, że ktoś ją kupił. Był strasznie załamany. Mama powiedziała tylko „idź syneczku do pokoju, wypłacz się”. I kiedy tam wszedł, zobaczył, że stoi tam ta właśnie perkusja. Był tak szczęśliwy… Skakał, całował mamę, dziękował za to wszystko. To była jego pierwsza perkusja. Kiedyś wcześniej dostał pod choinkę werbel, ale ta perkusja to było coś niesamowitego.

Ile wtedy miał lat?

- Bodajże dziesięć - jedenaście.

Bardzo wcześnie zaczął. Pamięta pani jego pierwszy zespół?

- Jacek grywał raczej na weselach, żeby trochę dorobić. Już nie na pałeczki, ale na miotełki, jakiś inny talerz…

I pewnie w tym zespole grał z dużo starszymi muzykami?

- To byli dorośli ludzie, którzy w ten sposób zarabiali na życie, więc on był wśród nich takim podlotkiem.

Przyjęli takiego młodziaka jak swojego?

- Jacek miał szczęście do ludzi i wszędzie przyjmowano go z otwartymi ramionami.

Rozmawiałem kiedyś z Lo, basistą Strachów. Wspominał, że Jacek nie grał w żadnym z pilskich zespołów. Wolał grać sam.

- Nie przypominam sobie, żeby grał w jakimś zespole. Wiem, że uczył kolegów, mówił co i jak robić, czego nie robić…

Któryś z nich jeszcze gra?

- Raczej nie, przynajmniej żadna z osób, które pamiętam.

Potem przeprowadziliście się na Aleję Powstańców Wielkopolskich i…

- To były takie dziwne czasy.

Tam podobno duży zestaw perkusyjny stanowił główne wyposażenie pokoju Jacka.

- To była jego druga perkusja, kupiona poza Piłą, chyba nawet na raty - to był początek czasu, kiedy wszystko można było kupić na raty. Nie kupił jej sam - pomogła mu mama. Mama zawsze go wspierała, zawsze stała przy nim, to był taki anioł stróż Jacka. Później, kiedy przyjeżdżał z Gdańska do Piły, zawsze czuł, że jest w domu. To była taka osoba, która potrafiła kochać, nie wstydziła się tego i okazywała nam to na każdym kroku.

Jakim uczniem w zwykłej, niemuzycznej szkole był Jacek?

- Jacek chodził do szkoły numer cztery na Grabowej. Był przeciętnym uczniem - nie był rewelacyjny, ale też nienajgorszy. Po prostu trójkowy - czwórkowy.

A w szkole średniej?

- Zaczął szkołę ogrodniczą w Starej Łubiance, ale nie czuł tego.

Pamięta pani, jak wyglądał kiedy grał? Zamykał oczy…

- Tak ma chyba większość muzyków, którzy czują duszę muzyki. Zawsze zamykał oczy, zawsze głowę odwracał w bok i odpływał.

W mieszkaniu przy Powstańców mieliście sąsiadów…

- … bardzo wyrozumiałych, którym nie przeszkadzało to, że Jacek ćwiczył, chociaż większość czasu i tak przebywał w szkole muzycznej.

W Pile skończył szkołę muzyczną pierwszego stopnia i wyjechał do Gdańska. Dlaczego?

- Tak naprawdę pokierowała go mama. Uważała, że skoro tak kocha muzykę i potrafi w ten sposób oddać całego siebie, to warto byłoby uczyć się dalej. Poszedł na studia muzyczne i je przerwał. Przerwał je, kiedy wykładowca powiedział mu, że tak naprawdę oni sami powinni uczyć się od niego i do tego, żeby grać, nie jest mu potrzebny żaden papierek. I Jacek stwierdził, że mają rację. Po co ma tracić trzy - cztery lata tylko po to, żeby dostać jakiś tam świstek, którym i tak nigdzie nie będzie się okazywał.

W Gdańsku na początku trafił na scenę yassową, na Tymona, Trzaskę…

- Tak, chociaż nie pamiętam dokładnie tamtych czasów. Kiedy Jacek przyjeżdżał, nie rozmawialiśmy o życiu tam, o życiu tu. Cieszyliśmy się, że wspólnie możemy spędzać ten czas. Potem w wypadku zginęła mama… Bodajże Tymon zobaczył Jacka i doznał olśnienia. Jacek po prostu musiał grać z nimi. I chyba tak to się zaczęło.

Wielokrotnie między innymi Tymon i Glenn Meyer wspominali, że między nimi i Jackiem była jakaś telepatia…

- To było - nie wiem jak to określić - jak dwie połówki jabłka, mąż i żona po trzydziestu latach małżeństwa… (śmiech) To było coś takiego w nim, że potrafili się tak zgrać… Bardzo się uzupełniali i potrafili stworzyć coś niesamowitego, chociaż razem usiedli dopiero pierwszy raz.

Jacek grał w bardzo różnych klimatach: Miłość czy Kury to yass, Groovekojad - funky, grał jazz… Jak się odnajdywał w takiej różnorodności?

- Odnosiłam wrażenie, że to było tak jakby on to już kiedyś grał. To było tak jak codzienna, poranna kawa, jakiś rytuał. To było w nim.

Niewielu mieszkańców Piły wie, że Olter pochodził z Piły. Nie identyfikował się z miastem?

- Tak naprawdę mam wrażenie, że chciał zapomnieć o tym, kim był. Sądzę, że chodziło o jego dzieciństwo. Chciał zapomnieć o wszystkim, co było złe, bo w dzieciństwie było mu ciężko. Nie miał swojego ojca, miał ojczyma…

Zauważyła pani, kiedy zaczęła się jego choroba?

- To jest taka straszna historia. Jacek uchylał się od wojska. Zawsze twierdził, że wojsko nie jest dla niego, że przemoc nie jest dla niego. Kiedyś były takie czasy, że trzeba było swoje odrobić przez dwa lata. Jacek starał się uchylić od wojska między innymi chorobami mentalnymi. Ostatni raz, kiedy przyjechał do Piły, akurat wyrobić sobie paszport, spotkaliśmy się dosłownie na dwie godziny. Pamiętam, że poszliśmy na spacer na Wyspę. Zawsze kiedy przyjeżdżał, płakałam, byłam niesamowicie szczęśliwa, bo tak naprawdę on był dla mnie taką najbliższą osobą. Jak siedzieliśmy na Wyspie, Jacek spotkał kolegę. Przywitali się, i kolega powiedział: „Jacol, kurczę, jak ty świetnie wyglądasz, firmowe buty, firmowe spodnie…”. A Jacek wtedy usiadł na ławce i bardzo mocno się zamyślił. Nie wiedziałam dlaczego. Mówi: „Hm, buty, spodnie… Nie mają żadnej wartości, człowieku”. Potem Jacek musiał już jechać do Gdańska, więc na peronie mój mąż zdążył go zobaczyć przez pięć minut pierwszy raz w życiu. Przez dwa lata nie mieliśmy żadnego kontaktu, wtedy dowiedzieliśmy się, że Jacek ma syna, on dowiedział się, że ja mam córkę. Wtedy na peronie Jacek powiedział, że weźmie swojego syna Teodora i przyjadą, że spędzimy razem więcej czasu. A ja wtedy miałam takie straszne przeczucie, że widzimy się ostatni raz. Kiedy policja przyjechała wieczorem na Powstańców Wielkopolskich, powiedzieć że Jacek popełnił samobójstwo, nikt w Gdańsku o tym nie wiedział. Nie pamiętam już, czy wieczorem czy rano zadzwoniłam do Mikołaja Trzaski i Mikołaj nie mógł w to uwierzyć. Załamał mu się głos i powiedział, że to niemożliwe. Następnego dnia jechałam do Gdańska, żeby zidentyfikować zwłoki i dopiero wtedy zdałam sobie sprawę, o co tak naprawdę chodziło. Wcześniej dostałam ponaglenie o nadesłanie legitymacji ubezpieczeniowej Jacka, a na pieczątce widniał szpital psychiatryczny. Wtedy na Wyspie zapytałam go o co chodzi, że się martwię, a on odpowiedział mi „No coś ty, Kaśka, zwariowałaś? Wiesz, że się uchylam od wojska i potrzebny mi papier”. I tym mnie uspokoił. Potem, już w Gdańsku, kiedy pojechałam zidentyfikować zwłoki i zobaczyć miejsce, w którym to się stało, zdałam sobie sprawę, że on przez dwa - trzy lata chorował. I przez te dwa lata, gdzie nie miałam z nim żadnego kontaktu, nie wiedziałam o niczym… Mam wrażenie, że odebrano mi szansę na to, żeby przy nim być.

Przez te dwa lata nie był w stanie ukryć tego przed kolegami z zespołu. Nie próbowali pani jakoś znaleźć?

- Nie wiem. Żal mam tylko do siebie, że nie stanęłam na wysokości zadania. Nie raz byłam u Jacka w Gdańsku, ale potem czas zaczął tak szybko lecieć. Każdy ma swoje życie, zawsze uważałam, że wszystko jest w porządku. Miałam adres, miałam numer telefonu, ale Jacek po jakimś czasie je zmienił i zawsze myślałam, że „ach, przyjedzie na święta”, „ach, da znak”. Zawsze człowiek to tak puszczał mimo uszu… Nie wiem, może nie chciał mnie martwić. Na wiele sposobów sobie to tłumaczę.

Śledziła pani jego karierę? Właśnie wtedy nabierała rozpędu.

- Tak, w radiu, w telewizji. Wtedy na świat przyszła moja córka. Mam takie wrażenie, że każde z nas sobie wtedy odpuściło.

Kto miał największy wpływ na rozwój muzyczny Jacka?

- Na samym początku na pewno Jan Ptaszyn Wróblewski. Przez radio, ale dzięki temu bardzo lubię Jana Ptaszyna Wróblewskiego. (śmiech)

O czym rozmawialiście, kiedy kilka miesięcy temu był w Pile?

- Chciałam mu podziękować za to, że dzięki temu koncertowi w Pile mogłam poczuć Jacka. Mogłam zamknąć oczy i wyobrazić sobie, jak kiedyś w tym małym pokoiku z Jackiem słuchaliśmy radia.

Inne osoby?

- Na pewno Tymon, na pewno Mikołaj Trzaska. Jacek w jakimś stopniu brał wzór ze sporego grona osób.

Można powiedzieć, że kiedy jako osiemnastoletni chłopak przyjechał do Trójmiasta, znalazł jakiegoś patrona, który zajął się młodym człowiekiem z dalekiego, niewielkiego miasta?

- Dla mnie oczywiste, że był to Mikołaj, Tymon i reszta zespołu Miłość. Oni wzięli go pod swoje skrzydła i można powiedzieć, że wychowali w jakimś stopniu. Jacek był bardzo zamknięty w sobie. Zawsze wolał trzymać się z tyłu, zawsze wolał, żeby inni udzielali wywiadów. Dla niego liczyła się tylko muzyka. Nic więcej.

W archiwach telewizyjnych czy radiowych zachowało się naprawdę niewiele rozmów z Jackiem. W całym, czterdziestominutowym filmie „Olter” gdzieś przewija się chyba tylko jedna jego, krótka wypowiedź.

- Zawsze tak miał. Był raczej spokojnym dzieckiem, aczkolwiek dzieckiem, które lubiło wariować, szaleć, śmiać się. Pamiętam, jak przyjechał któregoś dnia do domu na Powstańców Wielkopolskich. Było dużo znajomych. Jacek zebrał wszystkich, mówił „chodźcie bliżej, skupcie się, muszę wam coś ważnego powiedzieć”. Usiedliśmy wszyscy na podłodze. Wszyscy nasłuchiwali, co ma tak ważnego do powiedzenia, a on powiedział po prostu „kocham was”. Nigdy tego nie zapomnę. I to było takie niesamowite, że potrafił sobie zjednać ludzi. Koło niego zawsze było dużo dobrych osób.

Znajduje pani czasem na grobie Jacka znicze albo kwiaty, które mogli przynieść fani albo koledzy z zespołów, w których grał?

- Nie, ale dla mnie nie trzeba jechać na cmentarz, żeby postawić znicz. Ważne jest, żeby znaleźli się ludzie, którzy świeczkę zapalą w domu. Ważne też, żeby robili coś z myślą o Jacku. Zresztą co roku na grób Jacka przyjeżdża Anita z Teodorem (synem Jacka Oltera - przyp. red.) i zapala około dziesięciu zniczy. Nigdy jej o to nie pytałam, ale sądzę, że to są też znicze od chłopaków. To nie jest tak, że Jacek umarł i go nie ma, i czas leci dalej.

Cykl fotografii, który przygotowała pani na wystawę „W poszukiwaniu tożsamości kulturowej miasta”, otwiera zdjęcie, na którym widać neon „Piła Wita” i cztery osoby. Chłopiec to pewnie Jacek…

- Tak, dziewczynka to ja, jest nasza mama i mój ojciec.

Dwie osoby mają zamazane twarze…

- Zamazane twarze mamy ja i mój ojciec z tego względu, że nie mieliśmy żadnego wpływu na to, że Jacek przyszedł na świat.

W tym roku pamięć o Jacku przywołamy dwukrotnie…

- W maju z Ewą Nowakowską chcemy zebrać na Placu Zwycięstwa jak największą liczbę perkusistów - nie tylko z Piły - żeby mogli rozstawić swoje bębny i zagrać pod hasłem „Jacek Olter”. Drugie wydarzenie to jeden wieczór - 28 lipca - na warsztatach jazzowych w Chodzieży, poświęcony Jackowi.

Kup, sprzedaj, zamień, znajdź lub daj pracę - ogłoszenia drobne w Życiu Piły »

NAJNOWSZE INFORMACJE


Artykuł Sponsorowany: Oaza Natura, a może Lasek Koszycki?
24 maja 2012: Jak w sobotę dojechać na lotnisko w Pile?
24 maja 2012: Przyszli jak po swoje i zabili
24 maja 2012: W lesie sucho, ale zakazu wstępu nie ma
24 maja 2012: Zaproszenia do Heliosa otrzymują…
23 maja 2012: Wyspa zamykana na noc? Rowerem w parku tylko wyznaczonymi ścieżkami - czyli gdzie?
23 maja 2012: Balony i Red Box na lotnisku
23 maja 2012: Piętnastolatka odnalazła się
23 maja 2012: PSM L-W wyrzuca z mieszkań junkersy. Ciepła woda z MEC-u
23 maja 2012: Helios: dlaczego nie powinieneś całować Faceta w Czerni?
22 maja 2012: Zaginęła piętnastolatka
22 maja 2012: Ulica Philipsa droższa o 600 tysięcy
22 maja 2012: Będzie nowy park przy Alei Niepodległości
22 maja 2012: Honorowe obywatelstwo już nie co roku
22 maja 2012: Ile prawdy w „Gaslandzie”?
22 maja 2012: De Mono z pilskim akcentem
21 maja 2012, Duże Zdjęcia: Windsurfing na Zalewie - tak wyglądały pierwsze regaty windsurferów w Pile
21 maja 2012: Jeszcze więcej zdjęć z Kajakowej Masy (bez)Krytycznej
21 maja 2012: Płatne parkowanie także przy Placu Staszica?
21 maja 2012: Muzeum szuka pamiątek po 6PLMB
21 maja 2012: W Szkole Policji rozpoczął się duży kurs podstawowy
21 maja 2012: Zatrzymany za atak nożem na ulicy
20 maja 2012, Duże Zdjęcia: Ponad 200 kajakarzy na Gwdzie w Kajakowej Masie (bez)Krytycznej
20 maja 2012: W nowym tygodniu dużo utrudnień na drogach
19 maja 2012, Duże Zdjęcia: Akcja pod Arsenałem na Placu Staszica
19 maja 2012: Juwenalia - czas na finał
18 maja 2012: W sobotę opryski lasów
18 maja 2012: „Desert” na motywach „Małego Księcia”
18 maja 2012, Duże Zdjęcia: Trochę większa Cessna budzi zainteresowanie
18 maja 2012: Powiat zacznie grodzić lotnisko
18 maja 2012: „Wdzięczni Mieszkańcy Miasta Piły” nie lubią Fabryki Emocji?
18 maja 2012: Kto zbuduje blok komunalny?
18 maja 2012, Letnia Przystań Życia: Szanty pod palmami
18 maja 2012: Juwenaliów dzień trzeci - bujamy Wyspą
18 maja 2012: Zaproszenia do Heliosa otrzymują…
17 maja 2012: Nietrzeźwy nastawniczy zatrzymany w pracy
17 maja 2012: Jest już czerwony asfalt
17 maja 2012: Sto sztuk amunicji w garażu
17 maja 2012: Juwenaliów dzień drugi
17 maja 2012: Komentarz PWSZ w sprawie rankingu polskich uczelni

czytaj więcej »

Życie Piły - kultura i rozrywka »
Życie Piły - archiwum informacji »
Życie Piły - strona główna »


REKLAMA

Simple Cleaning - profesjonalny serwis sprzątający Piła
Reklama w Życiu Piły - reklama na portalu w Pile - reklama w internecie Piła

POLECANE WYDARZENIA

Wystawa fotografii Picture Of The Year
Voucher Kina Helios Piła jako prezent
Ogłoszenia Piła - dodaj ogłoszenie

PARTNERZY ŻYCIA PIŁY

Radio Eska Piła 105,6
Strony internetowe Piła
Wirtualne spacery, panoramy 360°

O Życiu Piły

Życie Piły jest miejskim serwisem informacyjnym. Koncentruje się na informacjach z Piły i najbliższej okolicy.
Wszystkie materiały zawarte w serwisie stanowią własność ich autorów. Powielanie bez zgody właścicieli jest zabronione.

© Życie Piły 2008 - 2011